sobota, 2 stycznia 2021

Szczęśliwego Nowego Roku


Z marzeniami, o które warto walczyć, 

z przyjaciółmi z którymi warto być,

z nadzieją bez której nie można żyć

- Szczęśliwego Nowego Roku -





środa, 23 grudnia 2020

Świątecznie:)

Ślę Wam kochani życzenia najzwyklejsze ale jakże wymowne w obecnej sytuacji: pięknych Świąt Bożego Narodzenia, a zaraz potem Szczęśliwego Nowego Roku 2021. Co oznacza dla nas po prostu powrót do normalności - tak niewiele i tak wiele. Niech znowu będzie pięknie, nich znowu będzie tak, jak dawniej....zwyczajnie. Pozdrawiam serdecznie:)
 



niedziela, 13 grudnia 2020

Jeszcze o Zamościu

W klimacie powieści „ Sekret rodziny von Graffów” odkryłam w Internecie ciekawe zdjęcie ukazujące Zamość w okresie poprzedzającym bezpośrednio wybuch II wojny światowej. Łatwo się wczuć  w atmosferę sfotografowanego miejsca. Kto zna miasto, bez trudu zauważy, że Zamość, choć po licznych renowacjach wypiękniał, nic nie stracił ze swojego dawnego stylu. Wciąż nie brak mu uroku, którym nie raz uwodził w historii wielkich europejskich władców, ale też, niestety, swych okupantów.

Na szczęście miasto po zawirowaniach historii ocalało praktycznie nienaruszone, by cieszyć swoją urodą. A, przecież szczyci się też dumną przeszłością i twierdza, i cała Zamojszczyzna, którą Jan Paweł II skomplementował słowami: „Tu z wyjątkową mocą zdaje się przemawiać błękit nieba, zieleń lasów i pól, srebro jezior i rzek. Tu śpiew ptaków brzmi szczególnie znajomo, po polsku.” 

Pięknie i trafnie powiedziane. Kto już był, ten wie. Wszystkich, którzy jeszcze nie byli - zapraszam. Fotografia pochodzi ze zbiorów Zamojskiego Muzeum.  



piątek, 20 listopada 2020

Na jesienne wieczory "Sekret rodziny von Graffów"


                                                   I


O godzinie szóstej trzydzieści willa Hansa von Graffa, położona w berlińskiej dzielnicy Steglitz-Zehlendorf, na prominenckim osiedlu Wannsee, pogrążona była we śnie. Poranna mgła otulała dom tak szczelnie, że z okna na piętrze nie było widać dokładnie nawet kawałka chodnika przed budynkiem. Gospodarz zrezygnował w tej sytuacji z obserwowania wejścia. Maria miała własne klucze, poza tym był pewien, że o tak wczesnej porze odgłos damskich szpilek zaalarmuje całą okolicę o porannej wizycie jego wnuczki.

Nie pomylił się. Po kilkunastu minutach przeglądania papierów rozłożonych na biurku usłyszał wyraźny stukot damskiego obuwia. Kobiece kroki zatrzymały się przed jego domem. Potem cicho skrzypnęła metalowa furta.

Starszy mężczyzna oczekiwał tej rozmowy, nalegał wręcz na nią, a teraz zauważył poirytowany, że trzęsą mu się ręce.

Scheisse – przeklął pod nosem. Wiedział, że to nie będzie łatwa rozmowa, ale zazwyczaj lepiej panował nad emocjami. Nigdy dotąd jednak sytuacja nie była aż tak dramatyczna. Informacje, które kilka dni temu beznamiętnym głosem przekazał mu lekarz berlińskiej kliniki, przewróciły cały jego świat do góry nogami. Emerytowany minister spraw zagranicznych, przywódca prawicowej organizacji niemieckich neofaszystów wolałby umrzeć, niż usłyszeć o sobie taką prawdę. Prawdę nieakceptowalną, niweczącą jego medialny wizerunek i podważającą pozycję nestora znanego rodu.

Nic dziwnego, że w takiej sytuacji zamknął się w sobie. Zabronił kogokolwiek przyjmować w domu, nie odbierał telefonów. Nie zwierzył się nawet żonie. Na kilka dni pogrążył się w poczuciu żałosnej bezsilności, z której wyciągnąć go mogła jedynie jego wnuczka. Jednak tu pojawiał się kolejny problem. Z powodu istotnych różnic w poglądach na życie i politykę stosunki rodzinne Marii i Hansa były w ostatnich latach nieco chłodne, naznaczone dystansem. Fenomenem klanu von Graffów był bowiem dziadek hołdujący, zgodnie z tradycją rodziny, przekonaniom skrajnie prawicowym, i wnuczka, znana dziennikarka lewicującej prasy. Choć szczęśliwe dzieciństwo kobiety spędzone w domu dziadków tego nie zapowiadało, ci dwoje ścierali się teraz ze sobą jak ogień i woda. Wszystko przez to, że plan pokierowania życiem ulubienicy wymknął się Hansowi spod kontroli. Jedyna córka tragicznie zmarłego syna, wychowana przez dziadków, wysłana na Uniwersytet Warszawski miała tam nauczyć się języka swoich wrogów po to, by w efekcie – jak założył nestor rodziny – lepiej poznać ich zwyczaje. Kiedy po studiach wróciła do Berlina odmieniona przez pobyt w Polsce, zachowała swoje studenckie kontakty i podjęła pracę w dzienniku „Die Tageszeitung”, pomiędzy despotycznym politykiem i ambitną  dziennikarką zaistniał konflikt. Krewni unikali drażliwego tematu, jednak mimo dementowania przez nich doniesień o niesnaskach rodzinnych na tle światopoglądowym problemy znanych arystokratów chętnie komentowała niemiecka prasa bulwarowa. Mówiło się o nich w mediach i plotkowało na mieście.

Teraz Hans oczekiwał od wnuczki pomocy. Musiał się zmierzyć z efektami swoich nieroztropnych postępków i ciągłego negowania jej prawa do posiadania odmiennych poglądów. Dla takiego autokraty jak on to nie była komfortowa sytuacja. Mimo wszystko cieszył się z tej wizyty, nawet jeśli pretekstem do spotkania była jego choroba.

Kiedy usłyszał głos wołający: „Dziadku!” – drgnął. W drzwiach gabinetu stanęła wysoka blondynka, wyjątkowo piękna młoda kobieta o niebieskich oczach i drobnych rysach twarzy. Jej nieomal anielskie oblicze, często przysłonięte burzą loków, nie odzwierciedlało nieustępliwego charakteru i odziedziczonego po dziadku uporu. Zgrabna szczupła figura modelki wyróżniała ją na tle innych członkiń rodu słynących głównie z zalet intelektu, toteż uroda ślicznej Graffówny była jednym z powodów dumy Hansa.

Teraz na jej widok dystyngowany starzec wstał z fotela, lekko się chwiejąc, ale zaraz potem wsparł się o biurko i swoim zwyczajem pokazał gościowi miejsce na wprost siebie.

– Wejdź, proszę, i siadaj.

Wnuczka podeszła jednak wpierw do niego. Cmoknęła go w policzek i położyła na biurku bukiet żonkili.

– Masz dzisiaj urodziny czy coś pomyliłam? – zagadnęła serdecznie.

Spochmurniały jubilat skrzywił się.

– Rzeczywiście – mruknął, jakby nie o niego chodziło.

– Trochę dziwna pora na przyjmowanie gości. Coś się stało?

– Stało się – powtórzył po niej grobowym głosem. – A pora jest dobra, bo chcę z tobą pomówić bez świadków.




niedziela, 1 listopada 2020

Listopadowe przemyślenia o przemijaniu

 Zwykło się uważać, że pierwszy listopada, zwyczajowo nazywany Świętem Zmarłych, jest smutnym dniem w roku. W czasach zarazy, która opanowała świat, gdy nie możemy nawet odwiedzić grobów naszych bliskich i pozostaje nam jedynie rozpamiętywanie wspomnień, odczuwamy zakaz wejścia na metropolie i smutek związany z tym dniem szczególnie dotkliwie. Oprócz moich bliskich przychodzi mi dzisiaj  na myśl Marek Grechuta i jego elektryzujące wykonanie piosenki „Motorek”  do tekstu Witkacego. Świetny tekst opowiada o tym, jak to jest, gdy w naszym ciele i naszym świecie nagle….. coś się popsuje. Chcielibyście wiedzieć, jak to wygląda w opinii Stanisława Ignacego Witkiewicza? Ano nieciekawie. Po prostu nieciekawie. Jego wizja złowieszczo odzwierciedla nasze obecne problemy.

 




piątek, 30 października 2020

Robi się nieciekawie

 Październikowe słońce  opromieniło świat. Mamy złotą polską jesień. Więdną kwiaty, rudzieją liście, w powietrzu unosi się zapach opuszczającego nas lata. Sprzątam w ogrodzie i kątem oka obserwuję swojego sąsiada. Pan Bogdan do niedawna lekceważył większość zakazów i tylko przekornie dopytywał, po co są te maski? Nie wpuszczano go do sklepów, ksiądz zwrócił mu uwagę kilka razy przed wejściem do kościoła, że maska jednak jest obowiązkowa.  To starszy człowiek. Przyznaję, że mimo łamania nakazów, w jego uporze by nie dopuszczać do siebie myśli i zagrożeniu, postrzegałam coś pozytywnego. Ostatnio pojechał na rowerze do centrum Zamościa, by nabyć przyłbicę. Sam z własnej woli to zrobił. Może czas się zacząć na serio bać?





czwartek, 8 października 2020

Małe radości w trudnych czasach

 Są też radosne chwile w otaczającym nas świecie pognębionym zarazą. Moja uczennica, wiolonczelistka, zdała wspaniale egzamin do Akademii Muzycznej i dodam tylko, że niejednej. Wybrała macierzystą uczelnię swojej nauczycielki – uczelnię krakowską. Zuch Ola. Nagranie do egzaminu wstępnego na studia zmontowałyśmy w Auli PSM własnym sumptem.😊No cóż, Zamość to nie Warszawa. Warunki były trudne. Nie mamy w mieście studia nagrań. Skromnie to wyszło. Trochę kabli było widocznych ( w zasadzie to nawet było ich widać bardzo dużo), jednak nie okazało się to przeszkodą w uzyskaniu przez młodą artystkę uznania komisji egzaminacyjnej. Życzę jej wielu sukcesów.