środa, 14 października 2015

Kraków sentymentalnie

Ostatni wrześniowy weekend spędziłam w Krakowie. Planowałam załatwić kilka ważnych spraw rodzinnych. Wszystko się udało, w dodatku po raz pierwszy od dawna miałam trochę czasu dla siebie. Z rozrzewnieniem wspominam spacer nad Wisłą i kluczenie po starówce. W porze obiadu byłam umówiona z siostrą w restauracji pod  Wawelem i na miejsce spotkania, jak zwykle, dotarłam wcześniej niż ona. Spóźniała się.


- No, co tam mała, wspominasz? - Gdy usłyszałam w końcu za plecami jej głos parsknęłam śmiechem. Nie potrafiłam się powstrzymać. Zawsze mówiła do mnie w taki sposób, bo była starsza. To był jej przywilej, tylko że zdecydowanie czas, kiedy byłam mała, dawno minął.

W Krakowie rozczarował mnie tylko obiad w pełnej turystów restauracji  o wdzięcznej nazwie  „Pod Wawelem”. Miał być tradycyjny domowy rosół, ale z tym przydomkiem skojarzył mi się tylko metalowy garnuszek, w którym go podano. Zupa była kiepska, za to widok na zamek- pyszny.   

Potem spacerowałyśmy po rynku. Zafundowałam sobie  magiczny dzień pełen niespodzianek. Na Floriańskiej wpadłam na koleżankę z czasów studiów, a potem, przed Bramą Floriańską, spotkałam jeszcze jedną. Aż trudno uwierzyć, że od dawna mieszkam w Zamościu.