piątek, 20 listopada 2020

Na jesienne wieczory "Sekret rodziny von Graffów"


                                                   I


O godzinie szóstej trzydzieści willa Hansa von Graffa, położona w berlińskiej dzielnicy Steglitz-Zehlendorf, na prominenckim osiedlu Wannsee, pogrążona była we śnie. Poranna mgła otulała dom tak szczelnie, że z okna na piętrze nie było widać dokładnie nawet kawałka chodnika przed budynkiem. Gospodarz zrezygnował w tej sytuacji z obserwowania wejścia. Maria miała własne klucze, poza tym był pewien, że o tak wczesnej porze odgłos damskich szpilek zaalarmuje całą okolicę o porannej wizycie jego wnuczki.

Nie pomylił się. Po kilkunastu minutach przeglądania papierów rozłożonych na biurku usłyszał wyraźny stukot damskiego obuwia. Kobiece kroki zatrzymały się przed jego domem. Potem cicho skrzypnęła metalowa furta.

Starszy mężczyzna oczekiwał tej rozmowy, nalegał wręcz na nią, a teraz zauważył poirytowany, że trzęsą mu się ręce.

Scheisse – przeklął pod nosem. Wiedział, że to nie będzie łatwa rozmowa, ale zazwyczaj lepiej panował nad emocjami. Nigdy dotąd jednak sytuacja nie była aż tak dramatyczna. Informacje, które kilka dni temu beznamiętnym głosem przekazał mu lekarz berlińskiej kliniki, przewróciły cały jego świat do góry nogami. Emerytowany minister spraw zagranicznych, przywódca prawicowej organizacji niemieckich neofaszystów wolałby umrzeć, niż usłyszeć o sobie taką prawdę. Prawdę nieakceptowalną, niweczącą jego medialny wizerunek i podważającą pozycję nestora znanego rodu.

Nic dziwnego, że w takiej sytuacji zamknął się w sobie. Zabronił kogokolwiek przyjmować w domu, nie odbierał telefonów. Nie zwierzył się nawet żonie. Na kilka dni pogrążył się w poczuciu żałosnej bezsilności, z której wyciągnąć go mogła jedynie jego wnuczka. Jednak tu pojawiał się kolejny problem. Z powodu istotnych różnic w poglądach na życie i politykę stosunki rodzinne Marii i Hansa były w ostatnich latach nieco chłodne, naznaczone dystansem. Fenomenem klanu von Graffów był bowiem dziadek hołdujący, zgodnie z tradycją rodziny, przekonaniom skrajnie prawicowym, i wnuczka, znana dziennikarka lewicującej prasy. Choć szczęśliwe dzieciństwo kobiety spędzone w domu dziadków tego nie zapowiadało, ci dwoje ścierali się teraz ze sobą jak ogień i woda. Wszystko przez to, że plan pokierowania życiem ulubienicy wymknął się Hansowi spod kontroli. Jedyna córka tragicznie zmarłego syna, wychowana przez dziadków, wysłana na Uniwersytet Warszawski miała tam nauczyć się języka swoich wrogów po to, by w efekcie – jak założył nestor rodziny – lepiej poznać ich zwyczaje. Kiedy po studiach wróciła do Berlina odmieniona przez pobyt w Polsce, zachowała swoje studenckie kontakty i podjęła pracę w dzienniku „Die Tageszeitung”, pomiędzy despotycznym politykiem i ambitną  dziennikarką zaistniał konflikt. Krewni unikali drażliwego tematu, jednak mimo dementowania przez nich doniesień o niesnaskach rodzinnych na tle światopoglądowym problemy znanych arystokratów chętnie komentowała niemiecka prasa bulwarowa. Mówiło się o nich w mediach i plotkowało na mieście.

Teraz Hans oczekiwał od wnuczki pomocy. Musiał się zmierzyć z efektami swoich nieroztropnych postępków i ciągłego negowania jej prawa do posiadania odmiennych poglądów. Dla takiego autokraty jak on to nie była komfortowa sytuacja. Mimo wszystko cieszył się z tej wizyty, nawet jeśli pretekstem do spotkania była jego choroba.

Kiedy usłyszał głos wołający: „Dziadku!” – drgnął. W drzwiach gabinetu stanęła wysoka blondynka, wyjątkowo piękna młoda kobieta o niebieskich oczach i drobnych rysach twarzy. Jej nieomal anielskie oblicze, często przysłonięte burzą loków, nie odzwierciedlało nieustępliwego charakteru i odziedziczonego po dziadku uporu. Zgrabna szczupła figura modelki wyróżniała ją na tle innych członkiń rodu słynących głównie z zalet intelektu, toteż uroda ślicznej Graffówny była jednym z powodów dumy Hansa.

Teraz na jej widok dystyngowany starzec wstał z fotela, lekko się chwiejąc, ale zaraz potem wsparł się o biurko i swoim zwyczajem pokazał gościowi miejsce na wprost siebie.

– Wejdź, proszę, i siadaj.

Wnuczka podeszła jednak wpierw do niego. Cmoknęła go w policzek i położyła na biurku bukiet żonkili.

– Masz dzisiaj urodziny czy coś pomyliłam? – zagadnęła serdecznie.

Spochmurniały jubilat skrzywił się.

– Rzeczywiście – mruknął, jakby nie o niego chodziło.

– Trochę dziwna pora na przyjmowanie gości. Coś się stało?

– Stało się – powtórzył po niej grobowym głosem. – A pora jest dobra, bo chcę z tobą pomówić bez świadków.




niedziela, 1 listopada 2020

Listopadowe przemyślenia o przemijaniu

 Zwykło się uważać, że pierwszy listopada, zwyczajowo nazywany Świętem Zmarłych, jest smutnym dniem w roku. W czasach zarazy, która opanowała świat, gdy nie możemy nawet odwiedzić grobów naszych bliskich i pozostaje nam jedynie rozpamiętywanie wspomnień, odczuwamy zakaz wejścia na metropolie i smutek związany z tym dniem szczególnie dotkliwie. Oprócz moich bliskich przychodzi mi dzisiaj  na myśl Marek Grechuta i jego elektryzujące wykonanie piosenki „Motorek”  do tekstu Witkacego. Świetny tekst opowiada o tym, jak to jest, gdy w naszym ciele i naszym świecie nagle….. coś się popsuje. Chcielibyście wiedzieć, jak to wygląda w opinii Stanisława Ignacego Witkiewicza? Ano nieciekawie. Po prostu nieciekawie. Jego wizja złowieszczo odzwierciedla nasze obecne problemy.

 




piątek, 30 października 2020

Robi się nieciekawie

 Październikowe słońce  opromieniło świat. Mamy złotą polską jesień. Więdną kwiaty, rudzieją liście, w powietrzu unosi się zapach opuszczającego nas lata. Sprzątam w ogrodzie i kątem oka obserwuję swojego sąsiada. Pan Bogdan do niedawna lekceważył większość zakazów i tylko przekornie dopytywał, po co są te maski? Nie wpuszczano go do sklepów, ksiądz zwrócił mu uwagę kilka razy przed wejściem do kościoła, że maska jednak jest obowiązkowa.  To starszy człowiek. Przyznaję, że mimo łamania nakazów, w jego uporze by nie dopuszczać do siebie myśli i zagrożeniu, postrzegałam coś pozytywnego. Ostatnio pojechał na rowerze do centrum Zamościa, by nabyć przyłbicę. Sam z własnej woli to zrobił. Może czas się zacząć na serio bać?





czwartek, 8 października 2020

Małe radości w trudnych czasach

 Są też radosne chwile w otaczającym nas świecie pognębionym zarazą. Moja uczennica, wiolonczelistka, zdała wspaniale egzamin do Akademii Muzycznej i dodam tylko, że niejednej. Wybrała macierzystą uczelnię swojej nauczycielki – uczelnię krakowską. Zuch Ola. Nagranie do egzaminu wstępnego na studia zmontowałyśmy w Auli PSM własnym sumptem.😊No cóż, Zamość to nie Warszawa. Warunki były trudne. Nie mamy w mieście studia nagrań. Skromnie to wyszło. Trochę kabli było widocznych ( w zasadzie to nawet było ich widać bardzo dużo), jednak nie okazało się to przeszkodą w uzyskaniu przez młodą artystkę uznania komisji egzaminacyjnej. Życzę jej wielu sukcesów.




sobota, 19 września 2020

W ostatnich promieniach letniego słońca

Wakacje, mimo dość ładnej pogody, trudno uznać za udane. Po Roztoczu przetoczyły się tłumy ludzi. Gdyby nie maski na twarzach można by pomyśleć, że wszystko jest normalnie. Jednak nie jest i widać to nawet, o ironio, po wyjątkowej frekwencji turystycznej. Bo ta, chociaż mieliśmy się pozamykać w domach, była na Roztoczu jeszcze większa niż zazwyczaj. W miejscach okupowanych przez turystów nie obyło się bez awantur i konfliktów. Nic w tym dziwnego, skoro i dzisiaj jedni noszą maski, inni przeczą istnieniu pandemii. Jest w tym jakieś szaleństwo. Z przekazów historycznych wynika, że w Zamościu zarazy już bywały i że w końcu zawsze wszystko wracało do normy😊 Ponoć najskuteczniejszą metodą, by w takiej sytuacji zachować zdrowie, jest szybko uciekać z miejsca nawiedzonego chorobą i wolno do niego wracać - niespiesznie. Ba! Tylko gdzie by tu uciec?



wtorek, 1 września 2020

Skończyły się wakacje

 Minęło lato. Miało być lepiej, ale jest gorzej. Pierwszy września zaplanowano zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Uroczystego spotkania ze wszystkimi uczniami nie będzie. Mimo to mamy wrócić do szkół, do zajęć dydaktycznych. Panuje ogólny niepokój. Choć nie mówi się o tym, nauczyciele są zestresowani i moją poczucie, że zostali pozostawieni sami sobie. Powszechnie wiadomo, że po medykach i obsłudze sklepów, są kolejną grupą zawodową  poważnie zagrożoną możliwością zakażenia Covidem. W szkołach artystycznych, głównie na zajęciach indywidualnych, jakoś wytrzymamy. W powszechniakach, szczególnie w klasach do których uczęszczają najmłodsi uczniowie, może być bardzo nerwowo. I wcale to nie dziwi.




niedziela, 28 czerwca 2020

Wakacyjnie

Mimo wszechobecnej pandemii życzę wszystkim udanych beztroskich wakacji, na ile to możliwe bezpiecznych. Pisarze też miewają urlopy, dlatego żegnam Was do jesieni. Powrócimy do blogowania, gdy zrobi się trochę chłodniej. Mam nadzieję, że w lepszej i "zdrowszej" rzeczywistości. Jak zwykle przygotowałam dla Was wakacyjny muzyczny motyw przewodni. Zapewne znacie powiedzenie, że ......." życie bez muzyki byłoby błędem"? Moje życie bez muzyki byłoby błędem z całą pewnością :)